W 1986 roku szeregowy Szczepan Sadurski stanął przed zadaniem niemal niemożliwym: jako żołnierz Ludowego Wojska Polskiego miał przepchnąć swoje rysunki satyryczne na wystawę w Republice Federalnej Niemiec – czyli w samym sercu wrogiego bloku NATO. Brzmi jak scenariusz filmu sensacyjnego? To prawdziwa historia.
Dowcipy na tej stronie:
Między szufladą „Szpilek” a dowódcą jednostki
Sadurski trafił do wojska już jako uznany karykaturzysta. Publikował w „Kurierze Lubelskim”, „Szpilkach”, „Polityce” i innych tytułach, zdobył Złotą Szpilkę ’86, jego prace pokazywano na wystawach i przedrukowywano za granicą. W koszarach w Modlinie nie był jednak „artystą”, tylko zwykłym szeregowcem – tyle że wszyscy wokół wiedzieli, czym się zajmuje.
Gdy z Muzeum Karykatury w Warszawie przyszła nieoficjalna prośba o rysunki do wystawy „Polnische Karikaturisten der Gegenwart” w Hanowerze, rozpoczęła się misja specjalna. Sadurski nie mógł po prostu wysłać prac. Musiał oficjalnie załatwić przepustkę, pojechać do Warszawy w mundurze galowym, wejść do redakcji „Szpilek”, otworzyć słynną szufladę z oryginalnymi rysunkami i dostarczyć je na Kozią.
Najtrudniejszy był jednak pierwszy krok – przekonanie dowództwa. Żołnierz LWP miał pokazywać swoje dzieła w kraju kapitalistycznym? W czasach, gdy kontakt z „imperialistycznym Zachodem” budził podejrzenia?
Jak wspomina Sadurski, rozmowa z dowódcą była „ekwilibrystyczna”. Jego argumenty jednak zadziałały. Otrzymał przepustkę i w mundurze galowym pojechał „na akcję”.
Świat, który nie chciał się zmieścić w schemacie
To, co czyni tę historię wyjątkową, to nie tylko sam fakt wystawienia prac w Hanowerze. To przede wszystkim obraz systemu, który próbował kontrolować wszystko – nawet sztukę satyryczną – ale nie zawsze mu się to udawało.
Polska karykatura lat 80. była zjawiskiem szczególnym. Z jednej strony cenzura, z drugiej – ogromna popularność i społeczna rola. „Szpilki” czy „Karuzela” były wentylami bezpieczeństwa. Rysownicy tacy jak Sadurski, Mleczko, Lengren czy Chodorowski potrafili mówić więcej niż niejeden publicysta, używając kreski i absurdu.
Sadurski w swoim tekście nie epatuje brawurą ani antykomunistycznym heroizmem. Pokazuje za to codzienny absurd: sensację w redakcji na widok żołnierza, niedowierzanie Ilony Leśnodorskiej, a później – piękny katalog wystawy w Wilhelm-Busch-Museum, gdzie obok gigantów polskiej satyry (Lipiński, Flisak, Gracz, Krauze) znalazł się najmłodszy autor – on sam.
Kulminacja: list od „wroga”
Opisana przez Sadurskiego historia nie kończy się na katalogu wystawy. Kilka miesięcy później otrzymał list od Wolfganga – niemieckiego weterana II wojny światowej. Starszy mężczyzna, dręczony wyrzutami sumienia, chciał w jakiś sposób pomóc młodemu polskiemu rysownikowi. Ostatecznie wysłał dużą butlę Schwedenbitter, dla mamy rysownika.
Ten jeden szczegół mówi więcej o ludzkim wymiarze zimnej wojny, niż wiele grubych książek historycznych. Zamiast propagandy i wrogości – konkretny człowiek po drugiej stronie muru.
Dlaczego ta historia wciąż ma moc?
Po pierwsze – jest świetnie opowiedziana. Sadurski ma lekkie pióro, poczucie humoru i dystans do samego siebie. Nie koloryzuje, nie robi z siebie ofiary ani bohatera. Po prostu relacjonuje fakty w sposób, który wciąga.
Po drugie – pokazuje mechanizm, w jaki sztuka potrafiła przebijać się przez żelazną kurtynę. Nawet w systemie totalitarnym talent, upór i odrobina szczęścia potrafiły stworzyć szczelinę.
Po trzecie – to cenna lekcja pamięci. Dziś, gdy pamięć o PRL-u coraz częściej sprowadza się do memów albo czarno-białych ocen, takie osobiste historie są na wagę złota. Pokazują, że życie w tamtych czasach nie było tylko szarością i strachem – było też ambicją, śmiechem, przyjaźniami i drobnymi zwycięstwami.
Podsumowanie
„Zasadzka w Modlinie i tajna misja czyli rysunkowy desant w Hanowerze” to jedna z najciekawszych wspominkowych historii ostatnich lat. Nie tylko dlatego, że opowiada o wyjątkowej misji. Przede wszystkim dlatego, że autor robi to z klasą, humorem i autentycznością.
W świecie, w którym dominują głośne narracje i proste podziały, takie teksty przypominają, że historia dzieje się przede wszystkim na poziomie człowieka – szeregowego żołnierza, który zamiast narzekać, po prostu załatwił sprawę.
Absurdy PRL-u: (c) DobryHumor.pl
Zobacz też:
> Lenin jak Jezusek. Nocny spacer pod Kremlem i polski humor w sercu ZSRR
> Książeczka o Grunwaldzie w grobie dziadka


